Poczucie zagubienia. Poczucie niskiej wartości. Problem z samoakceptacją. Poczucie dziwnej pustki w zasadzie niczym niepodpartej.
Różne poczucia i uczucia zdarzają się każdemu z nas. I chociaż łatwiej lub trudniej przychodzi nam przyznanie się do tego, to jednak tak jest. Potrzebujemy dobrego słowa, a ponieważ dla niektórych z nas język afirmacji to język miłości, to im więcej nieustających dobrych słów tym lepiej. Potrzebujemy słyszeć, że jesteśmy szanowani, doceniani, wartościowi, kochani, ale jeszcze bardziej potrzebujemy to wiedzieć. Wiedzieć, że jesteśmy wartościowi i że zasługujemy na szacunek, docenienie, miłość. Potrzebujemy na tyle to wiedzieć, aby potrafić okazać to również wobec samego siebie, a więc aby znać swoją wartość, okazywać sobie samemu szacunek, docenienie, a nawet miłość. Brzmi to trochę jak narcyzm, ale nie to mam na myśli...
Od dłuższego czasu zauważam jak wielu ludzi ma problem z zaakceptowaniem siebie i jak bardzo potrzebuje tego od innych. Nie ma oczywiście nic złego w tym, że oczekujemy akceptacji od naszego otoczenia, ale nie możemy pozwolić sobie na to, aby zdanie innych ludzi nas określało. Mamy słuchać co mówią inni i starać się podejść do tego zdroworozsądkowo, a jeśli jest potrzeba to nawet konstruktywnie, ale nasze życie nie może być od tego ostatecznie zależne. W przeciwnym razie uzależnimy się od otaczających nas osób, każde słowo będziemy nadinterpretowywać, a tym samym możemy doprowadzimy swój umysł do wiecznej samokrytyki. "Jestem beznadziejny" "Do niczego się nie nadaję" "Znowu nawaliłam" "Nigdy nie będę lepszym człowiekiem" "Nie zasługuję" itp. Czasem zdarza się, że na tyle potrzebujemy dobrej oceny, że zaczynamy w sposob nagminny przepraszać, a tym samym w pewien sposób uniżać się. Uniżanie to nie wynika jednak z tego, że jesteśmy ludźmi pokornego serca, ale w tym momencie wydaje się nam ono jedynym dobrym rozwiązaniem. "Jestem tak beznadziejny, że aż muszę za to przepraszać" Nie mówimy w ten sposób, ani też często nawet nie myślimy, ale jednak w jakiś sposób tym się sugerujemy podejmując działania. A to z kolei prowadzi do zamkniętego koła, no bo jak już zdamy sobie sprawę (lub ktoś nam powie), że przeginamy z tym przepraszaniem to czujemy się nie tylko fatalnie, ale przepraszamy za przepraszanie i czujemy się skrajnie beznadziejnie, bo przecież powinniśmy się poczuć lepiej, a czujemy się jeszcze gorzej.
Wiadomo, każdy z nas jest inny i w inny sposób doświadcza i przeżywa emocjonalnie problemy na poziomie samoakceptacji. Jeden przeprasza, drugi milczy, trzeci płacze, czwarty ma poker face i udaje kamienny mur, a piąty stosuję metodę wyparcia, a więc nie dopuszcza do siebie faktu problemu, jednak uwaga... wiecznie uciekać się nie da i kiedyś w końcu będzie trzeba się zmierzyć z samym sobą.
Często naszą wartość upatrujemy w czymś namacalnym co można w jakiś sposób ocenić. W jakichś osiągnięciach, w czymś co wypracowaliśmy, w czymś o co zabiegaliśmy, np. dobra praca, wypracowany status społeczny, pieniądze, krąg znajomych, pełna lodówka, pełna szafa, partner, dzieci, samochód... I specjalnie podaję tak różne dziedziny życia, osoby czy rzeczy, bo dla każdego z nas coś innego jest czymś co myślimy, że posiadanie wypełni naszą wewnętrzną przestrzeń oraz nada wartość pozwalając zaakceptować siebie. I w jakiś sposób to wszystko nas wypełnia, oczywiście! Jednak wszystko co jest wokół, namacalne czy nienamacalne, chociaż może nas uzupełniać, to nie powinno stać się podstawą tego w jaki sposób o sobie myślimy. Mój dom, moja rodzina to moja duma i min. dzięki nim jestem kim jestem, ale nie może to być fundament mojej wartości, fundament mojego dobrego lub złego samopoczucia podczas przebywania z samym sobą. Bo przyjdzie kłótnia, padnie negatywne słowo lub coś potoczy się nie tak jak powinno np. ubiorę dziecko zbyt chłodno i dostanie kataru, a wówczas moje poczucie wartości spadnie jak łeb na szyję. Niektórzy z nas budują swoje poczucie wartości w oparciu o swoją pracę, a więc robią więcej niż mają siły, siedzią w niej do późna, czasem bo trzeba, a czasem bo się już do tego przyzwyczaili, no ale najważniejsze to, że dają 100% z siebie, a więc starają się najlepiej jak potrafią. Za tym idzie jedna pochwała, druga pochwała, są motywowani i wszystko wygląda pięknie, ale przyjdzie jakaś kryzysowa sytuacja, albo zmęczenie, albo szef będzie w niehumorze, albo usłyszą jakąś krytykę i nagle świat się wali, a poczuie winy, wstydu, czy zażenowania nie umie ustąpić. Specjalnie nie podaję skrajnych przykładów typu rozwód czy zwolnienie, bo zazwyczaj już dużo mniejsze elementy podważają grunt pod stopami naszych myśli o samym sobie. I kiedy tak pomyśleć o takich sytuacjach, to czy nie narzuca się stwierdzenie: bez sensu?
Nie pozwólmy sobie ograbić się z radości życia i z radości tego kim na prawdę jesteśmy. Wszem otaczają nas różne kłamstwa na temat tego kim jesteśmy i jacy jesteśmy. Kłamstwa te przychodzą min. od ludzi, ale też od nas samych. Jesteśmy wprost ograbiani z naszego życia i z umiejętności cieszenia się doświadczaną chwilą. Wiem, że nie łatwo to odkryć i wyselekcjonować co jest prawdą, a co nie. Co lub kogo warto posłuchać, a co lub kogo niekoniecznie. Często nie łatwym jest również odnaleźć w sobie człowieka, którego się lubi, jednak dostrzegam to jako jeden z elementów, który jest wręcz niezbędny do szczerej radości z życia, a do niej przecież dążymy.
Samoakceptacja. Lubienie siebie. Odrzucenie tego, co jest kłamstwem i czasem pokorne, ale bez przesady ;), przyjęcie tego, co jest krytyką. Bardzo trudne, a jednak wydaje się tak bardzo ważne.
Zauważyłam, że ostatnio często pytałam mojego męża o zdanie w różnych kwestiach, które mnie dotyczą... o to czy mu smakowało coś, co zrobiłam... o to, czy dobrze w czymś wyglądam... o to, czy mój blog to nie sterta bzdur, ale coś wartościowego.. a nawet o to, czy nie jestem nudnym człowiekiem, bo jakaś taka myśl się ostatnio pojawiła. Zadałam mu te i inne pytania, a zawsze było ono poprzedzone pytaniem "powiesz mi coś szczerze?", a po jego wypowiedzi padało kolejne pytanie: "ale mówisz tak serio, czy dlatego, że chcesz, żeby mi było miło?" Pytam, dopytuje i ponownie dopytuję i wiecie co jest najgorsze, że jego odpowiedzi wciąż są niewystarczające, a pochwały "na pewno naciągnięte". A więc pojawia się chęć postawienia kolejnego pytajnika "ale czy na pewno?", a jeśli już dojdzie do zwerbalizowania go, to w mojej kobiecej głowie przychodzą myśli..."Nie no... tyle razy zapytałam, że on już na pewno dla świętego spokoju odpowiada to, co chcę usłyszeć." a potem jeszcze myśl "Jakie to musi być męczące, że ja ciągle pytam, ja to już bym się sfrustrowała na jego miejscu" i do tego jeszcze czasem zaczynam przepraszać! Ech... przydałaby się tu emotikona z uderzeniem ręki o czoło haha Nie martwcie się o mnie, nie robię tego wszystkiego nagminnie i nie przechodzę aktualnie stanów depresyjnych, ale skoro już to zauważyłam, to staram się temu przyglądnąć jako obserwator i ocenić. Jednak nie tyle po to, żeby skrytykować i znowu pozwolić myślom uciec w nieznane, ale raczej żeby podejść do tego z jakimś rozsądkiem, jakimś umiarem i zastanowić się z czego to wynika, no i skoro już stwierdzam, że jest to bez sensu to, co z tym zrobić dalej, żeby nie powtórzyć schematu. Taka głębsza analiza :)
Niemniej... Jakkolwiek... Chcę zarówno Ciebie, jak i siebie, zachęcić do polubienia samego siebie. Polubienia nie w kategorii egoizmu, samowystarczalności, czy narcyzmu, ale tak po prostu... do polubienia siebie po to, żeby w końcu przestać pozwalać okolicznościom, innym ludziom, a w zasadzie to samemu sobie okradać się ze szczerej radości... Radości z naszego życia, które nikt za nas nie przeżyje, a to dość istotne stwierdzenie. Niech dobre rzeczy w naszym życiu nas uzupełniają, niech nasze osiągnięcia lub porażki nas kształtują, niech relacje z innymi nas ubarwiają, ale miejmy też swoje nie do zachwiania fundamenty tego kim jesteśmy. Fundamenty, do których zawsze będziemy potrafili wrócić jak będzie się trząść grunt pod nogami. Fundamenty, które niezależnie od okoliczności nie zmieniają w nas poczucia wartości oraz tego, że tak po prostu... lubimy i akceptujeny siebie.