... zacznijmy od siebie


Chcesz być kochanym? Kochaj.
Chcesz być szanowanym? Szanuj.
Chcesz współpracy? Współpracuj.
Chcesz mniej krzyków? Nie krzycz.
Chcesz więcej otwartości? Bądź otwarty.

Innymi słowy... zacznijmy od siebie. Wierzę w to, że jeśli chcemy, aby nastała zmiana w jakiejś relacji, to ważnym jest zacząć od szczerej konfrontacji samego siebie. Często czekamy, aż ten drugi człowiek coś zrobi, coś zmieni. Ale myślę, że najpierw powinniśmy popatrzeć na siebie lekko krytycznym okiem i zastanowić się czy nie ma czegoś, nad czym to my moglibyśmy popracować....

... A nawet poszłabym o krok dalej i w sytuacji gdy chcemy, żeby czegoś było mniej lub więcej ze strony drugiego człowieka, to zachęciłabym do szczerego wsłuchania się w jego/jej potrzeby. Bo może kluczem do zmian na których nam zależy, jest nie tyle dawanie z siebie mniej lub więcej w ważnych dla nas dziedzinach, co w jakichś innych, bo ważnych dla niej/dla niego/ dla nich? Bo może próbujemy kogoś "obdarować" czymś, czego on wcale nie potrzebuje? Może próbujemy np. tak okazywać miłość jak sami byśmy chcieli, żeby nam okazywano, ale ponieważ ta osoba nie jest Mną czy Tobą, to po prostu potrzebuje czegoś innego? A może próbujemy okazywać szacunek i zainteresowanie tą drugą osobą według definicji, która dot. naszej osoby i według tego jak sami byśmy chcieli być potraktowani, ale niekoniecznie jest to sposób jaki odpowiada jej/jego potrzebą?

Czy mówię o nagięciu swojego "Ja" mimo, że to właśnie "ja" czegoś potrzebuję i "mi" zależy na zmianie? Właśnie tak. W dobie wszechobecnego egoizmu i ciągle powtarzanego niczym mantra "zadbaj o siebie", ja mówię naginajmy się dla innych, uczmy się odrzucać egoizm i  róbmy czasem więcej niż od nas oczekują. Patrzmy dalej, głebiej i szerzej. Dbajmy o siebie, ale nie zapominajmy też dbać o innych.  Niestety, ale hasło "zadbaj o siebie", coraz częściej przeobraża się w naszych głowach, a później w czynach w "zadbaj tylko o siebie". Nie koniecznie robimy to z premedytacją, nie koniecznie nawet chcemy tak funkcjonować, ale niestety zdarza się, że tak zaczynamy żyć. A więc... Dbajmy o siebie, ale starajmy się również mieć otwarte oczy, żeby nie zapomnieć o tym, że inni też są ludźmi i również mają swoje potrzeby i oczekiwania, tak jak i ja, tak jak i ty.

Czy naginając siebie, starając się i walcząc z własnym egoizmem ostatecznie zobaczymy zmiany w relacjach? Nie zawsze. Bo jak to w relacjach... Mamy do czynienia z więcej niż jednym człowiekiem, a każda z tych jednostek ma wolną wolę i podejmuje swoje decyzje.

Ostatnio zapytano mnie czy uważam, że da się zmienić dziecko. Czy da się zmienić jego charakter, jego predyspozycje do określonych zachowań. Według mnie i tak i nie, zależy. Ostatecznie i tak będzie to od niego zależeć jakie podejmie decyzje i jakie będzie. Jednak w żaden sposób nie zwalnia nas to ze starań. Starań, żeby wychować je najlepiej jak potrafimy. Najlepiej jak potrafimy postarać się pomóc mu ukształtować charakter, który gdzieniegdzie potrzebuje wyszlifowania, a gdzieniegdzie dobudowania. No i nie zwalnia nas to absolutnie z tego, żeby samemu dawać przykład, w końcu przykład idzie z góry. Nie zwalnia nas to z odpowiedzialności jaką niesie zadanie wychowania.

I myślę, że podobnie jest na płaszczyźnie innych relacji. Niekoniecznie zobaczymy zmianę w drugim człowieku, ale też absolutnie nie zwalnia nas to z tego, jaką odpowiedzialność niesiemy w związku z podjęciem decyzji o byciu w jakiejś relacji. A skoro tak, to niezależnie od tego co nam się wydaje realne, czy nie realne, to jeśli jest ona dla nas ważna, to powinniśmy z siebie dawać jak najwięcej. Oczywiście wszystko ze zdrowym rozsądkiem i zastanawiając się co w danej sytuacji rzeczywiście znaczy jak najwięcej.



Dajmy sobie trochę łaski


Poczucie niewystarczalności?
Poczucie niedomagania?
Zadawanie sobie pytania, jak to jest że on/ona ogarnia a ja nie?

Obserwujemy, porównujemy i oceniamy. Obserwujemy, porównujemy i oceniamy siebie. Zestawiamy swoją osobę z innymi. Można by było pomyśleć, że ponieważ nie jestem specem od męskiej psychiki, bo w końcu jestem kobietą;), to owy post zapewne dotyczy jedynie płci pięknej, jednak nie... W zasadzie to nie uważam się za speca ani od jednej, ani od drugiej psychiki, jednak życie niejednokrotnie pokazało mi, że z takim myśleniem jak w powyższych pytaniach borykają się obie płcie i tak... również i ja zderzyłam się z tym w mojej głowie.

Nie wiem co w tym takiego jest, ale porównywanie się ciągle nam towarzyszy i w zależności od potrzeby lub stanu naszej psychiki szukamy potwierdzeń lub zaprzeczeń pojawiających się w naszej głowie stwierdzeń. Np. coś poszło nie tak, w czymś potocznie mówiąc "zawaliliśmy" i nasza podświadomość pomaga nam dostrzec każdą osobę, która w naszym bliższym lub dalszym otoczeniu poradziła sobie lepiej lub gorzej. Ma to na celu albo nas podbudować "ee nie jesteś taki zły", albo  dobić "ale jesteś beznadziejny"... Jednak dzisiaj chciałabym poświęcić chwilę tym, którzy zdecydowanie mają tendencję do dobijania się.

Po pierwsze, to zastanawiam się po co właściwie się porównywać? Po co to robimy? Czemu ma służyć udowadnianie sobie "jak bardzo niedomagam"?

Po drugie, to dlaczego zakładamy, że jeśli nie ogarniamy to jest to nasza wada lub jedynie wada?

I po trzecie czy wiesz, że nie ma ludzi idealnych? Czy wiesz, że nie ma człowieka, którego życie w rzeczywistości jest idealne niczym instagramowy post? Czy wiesz, że każdy z czymś się boryka i nad czymś pracuje, próbuje pracować lub... robi wszystko żeby nie widzieć problemu, bo tak bardzo nie chce czegoś z różnych powodów rozgrzebywać?

No i w sumie jeszcze po czwarte... Jak o tym myślę i zadaję te pytania, to w mojej głowie krzyczy zdanie... O MAMO, DLACZEGO MY SIĘ TAK OGRABIAMY Z RADOŚCI ŻYCIA? A w sumie... To dlaczego ograbiamy się po prostu... z naszego życia?

Żyjemy czyimś życiem, porównujemy się i próbujemy coś w tym odnaleźć... szczęście, nieszczęście, radość, fatalizm... potwierdzenie, zaprzeczenie... Ale po co?

Ona jest super mamą
Oni mają takie małżeństwo
On jest takim dobrym pracownikiem
Ona tyle zarabia
Ale oni mają mieszkanie
Ile on w życiu osiągnął
Wow, ale figura... nie to, co moja
Ona to potrafi
...

O ile niektóre spostrzeżenia mogą nam pomóc poukładać pewne rzeczy i może zwrócić uwagę na to, co zakopane, chociaż takie nie powinno być, o tyle nie pozwólmy sobie żeby życie innych i nasze często zbyt wyidealizowane spojrzenie na nich, zakopało dostrzeganie dobrych stron miejsca w którym jesteśmy. 

Czy wiesz, że kiedy zaczynamy przeczesywać teren wokół siebie w ramach poszukiwania potwierdzenia, że coś u nas jest nie tak, to mamy tendencję do idealizowania osób, sytuacji czy miejsc, które w cale takie nie są? 

Wiesz co... Zacznijmy dawać sobie łaskę!

Wiesz co to łaska? Nazwijmy to pewnym podarunkiem, który nie jest niczym uwarunkowany, a więc mówiąc o daniu sobie łaski, mówię o pewnym odpuszczeniu sobie bez ciągłych prób zasługiwania na to. Tak po prostu. Bo widzisz... nie tylko chce przekazać, że nie ma ludzi idealnych, ale też że Ty możesz przestać wymagać tego od siebie. Tak, możesz przestać. I przestań.

Mamy pracować nad sobą. Mamy pracować nad cennymi dla nas relacjami. Mamy pracować nad dobrymi zmianami i takie jest moje stanowisko, ale z drugiej strony chciałabym powiedzieć wielkie NIE dla ideału, którego osiągnięcie jest warunkiem szczęścia w naszym życiu. Nie dlatego, że on jest zły, ale dlatego, że zazwyczaj NIEOSIĄGALNY. Dążmy do niego, ale tak jak wspomniałam nie uzależniajmy radości z życia od niego. Jeśli nie przystopujemy to nigdy nie doświadczymy satysfakcji, spełnienia, radości. A czy można osiągnąć takie poczucia w swoim nieidealnym świecie? Tak, można. Ale najpierw trzeba zacząć od zaakceptowania go. I znowu... Nie piszę, że mamy wszystko akceptować (chociaż akceptacja stanu rzeczy nie zawsze jest zła!), na wszystko się zgadzać i na jeszcze większe wszystko machać ręką, a raczej chcę zachęcić do zmniejszenia sobie poprzeczki w miejscach, gdzie postawiliśmy ją zbyt wysoko.

I jeszcze raz... PRACUJMY nad dziedzinami naszego życia, w których chcielibyśmy doświadczyć zmiany. Wykorzystujmy to, co mamy pod ręką, opierając się o możliwości jakie mamy oraz w pełni inspirując się ideałem przechodźmy procesy dobrych zmian. Nie zakładajmy jednak, że tylko osiągnięcie ideału może dać nam radość, a bez tego jesteśmy beznadziejni.

Pomyślmy przez chwilę... Co by było gdybyśmy zaczęli patrzeć na siebie z trochę innej perspektywy niż miewamy w zwyczaju, a mianowicie: Dzisiaj jestem tym najlepszym współmałżonkiem, pracownikiem, rodzicem, przyjacielem dla tego drugiego człowieka. I gdybyśmy zamiast szukać potwierdzeń krytyki siebie zaczęli raczej mądrze stawiać cele i z taką pewną dozą łaski zaczęli podchodzić do siebie i swojego życia? Co, jeśli zaczęlibyśmy wykorzystywać dostępne nam możliwości do dokonywania zmian, zamiast patrząc na ideał oczekiwali jego posiadanie czy nim się stanie, a co najgorsze oczekiwali jego posiadanie lub nim się stanie tu i teraz, w tym momencie... 

Zdecydowanie, dajmy sobie trochę łaski.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej


Wakacje, wakacje i po wakacjach. Jedni mieli możliwość wypoczynku, inni niekoniecznie. Jedni wyjechali, inni zostali. Niemniej ostatecznie każdy skądś, gdzieś wraca. Każdy ma swój jakiś mały kąt, do którego wraca z wakacji czy po pełnym dniu pracy. Każdy ma jakieś miejsce do którego wraca po spotkaniu ze znajomymi, czy wracając ze szkoły. Wracamy do miejsca, które powszechnie nazywamy domem.

W tym roku mieliśmy możliwość pojechać na kilka dni w Bieszczady, a później odwiedziliśmy rodzinę w naszym rodzinnym mieście. W przeciągu dwóch tygodni trochę byliśmy tutaj, trochę tutaj i trochę tam. Jednak każdy powrót do naszych czterech ścian powodował poczucie odprężenia. Poczucie "dobrze tu być". Nasz dom, to mieszkanie, które nabyliśmy prawie 2 lata temu i muszę przyznać, że wciąż kiedy do niego wracam to lubię ten efekt "wow". Wow bo podoba mi się wystrój, wow bo po chwili nieobecności jeszcze bardziej doceniam to, co mam, ale największym wow jest to, jak się tam czuję.

Kiedy 2 lata temu kupowaliśmy mieszkanie i zastanawiałam się nad wystrojem, to zależało mi na tym, aby jedna z ramek zawierała napis home. Celowo home, ponieważ był to czas, kiedy dosyć intensywnie przeżywałam głębię tego słowa. Głębię jaka w nim jest zawarta... W angielskim mamy dwa wyrazy home i house, to pierwsze nawiązuje również do sfery relacyjnej i emocjonalnej, a to drugie raczej określa budynek. W Polsce mamy jedno słowo określające oba te aspekty: dom, a wiec stąd mój wybór doboru słowa do ramki, po prostu chciałam podkreślić głębię tego, co to znaczy dla mnie. Dobrze się czuję w moim domu nie tylko dlatego, że jest ładny, nowy i mój, ale przede wszystkim dzięki ludziom, którzy go tworzą. Dzięki mojemu mężowi, a teraz i mojemu synowi. Mój dom to moja ostoja, miejsce akceptacji, miłości i wspólnego przeżywania róóóżnych emocji. Miejsce gdzie jestem kochana nie tylko ze względu na moje zalety, ale również pomimo moich wad. Po prostu kochana w pełnym pakiecie. I chociaż są różne sytuacje, nie zawsze mamy z mężem takie same zdanie, pod wpływem emocji padają różne słowa czy stwierdzenia, to jednak naszą decyzją jest się kochać i dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że to czuję i wiem.

Mój dom to mój mąż, mój syn, moje mieszkanie, ale też moi bliscy. Moi bliscy niekoniecznie musi oznaczać biologiczną rodzinę. Może, ale nie musi. Ostatnio dużo myślę o tym, jak niesamowitych ludzi mam wokół siebie. Mam wspaniałą rodzinę, ale również cudownych przyjaciół. Nieocenione piękno mieści się w garstce szczególnie bliskich mi osób, przed którymi nie tylko mogę być sobą, ale również nie muszę wstydzić się za siebie, nawet jeśli zrobię lub powiem coś, co ewidentnie powinno wzbudzić we mnie takie uczucie. Są szczerzy, czasami aż do bólu, ale ponieważ jesteśmy sobie bliscy to wiem, że żaden mój "wyczyn" nie zmieni ich zdania o mnie, a cokolwiek nie powiedzą, jakkolwiek czegoś nie skomentują, to mogę być pewna, że nigdy nie mają na celu skrzywdzenia mnie. Nie są idealni, bo przecież nikt z nas nie jest, ale właśnie za to ich kocham. Za to, że nie udają ideałów i są gotowi dzielić ze mną swoje życie, a także moje chcą wspólnie przeżywać.

Mój dom to mój mąż, mój syn, moje mieszkanie, moi bliscy, a także mój Bóg, nasz Bóg. Nie mam swojego osobistego Boga, ale nie ukrywam, że lubię o Nim mówić, że jest mój. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że w ten sposób podkreślam naszą bliskość. Moje życie to wcale nie jest pasmo samych powodzeń. Moje życie to nie jedynie dobre wspomnienia. Moje życie to nie zawsze udane relacje. Moje życie to na pewno nie brak trudnych rozmów i sytuacji. Moje życie to na pewno nie brak zmagań na różnych jego etapach. Ale ponad to wszystko zawsze jest On, mój Bóg. Nie oznacza to, że żyję w krainie mlekiem i miodem płynącej i wiecznie stąpam po dywanie usłanym różami - absolutnie! Żyję na takim samym świecie jak Ty. Popełniam błędy tak samo jak Ty i jak on. Często mam problem z ogarnięciem rzeczywistości jak on i jak ona. Jednak niezależnie od moich słabości mam kogoś, kto jest więcej niż ostoją, bo jest ostoją, która nie ma szans ulec osłabieniu. Jego obecność to moja przystań, bezpieczne miejsce. Jego obecność to mój dom. Ktoś kiedyś powiedział, że jedyną stałą w naszym życiu jest właśnie On, Bóg, a wszystko pozostałe się zmienia. Nie koniecznie w kontekście "na gorsze", ale po prostu się zmienia. On jednak... nigdy. Był, Jest i Będzie ten sam. Tak samo kochający, tak samo silny, tak samo bliski, tak samo gotowy.

W te wakacje wydarzyło się kilka sytuacji, w których nawet mi było ciężko poznać samą siebie. Czułam się momentami nie tylko sobą zawiedziona, ale czułam się jak... dzikuska.. I nie ważne gdzie odnajdę tego źródło... czy w wciąż szalejących hormonach, bo jestem matką karmiącą, czy w tym, że już tak długo nie prowadzę "dorosłego życia", bo wraz z ciążą przyszło mi pozostać w domu i tak pozostanie do przyszłego roku, czy byłam tak zmęczona, ze już się poddałam emocjom, czy może zmagam się z czymś głębszym od jakiegoś czasu, czy może wszystkiego po trochu i jeszcze coś... Nie ważne... Już nie ważne... Było, minęło, już uporałam się ze wstydem i poczuciem zawodu względem siebie samej. I muszę to głośno powiedzieć, że z całego serca jestem wdzięczna za to, że w takich i innych sytuacjach mam gdzie wracać- do swojego domu... Do ramion mojego męża i syna, moich bliskich, a przede wszystkim do ramion mojego przyjaciela i Taty, do ramion mojego Boga.  

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Możliwości


Ostatnio miałam możliwość podzielić się swoim sercem z większą grupą odbiorców. Wiem, że i tutaj to robię, ale tam mogłam za pomocą słowa mówionego i w trochę innym kontekście. Kiedy się przygotowywałam do tego dnia, to przyszło mi na myśl pytanie jak spostrzegają mnie inni. Myślę, że ci którzy w jakimś stopniu mnie znają oraz widzą to jak funkcjonuję na co dzień, to mogli pomyśleć, że zapewne nie jest to jakieś wielkie wyzwanie dla mnie, ponieważ ze sceną "jestem obyta". Wydaje mi się, że widzą mnie również jako osobę raczej rozgadaną, co z perspektywy pobocznego obserwatora może ułatwiać sprawę. Pomyślałam też, że chyba spora część mojego otoczenia spostrzega mnie jako osobę odważną. I wiecie co? W jakimś stopniu tak jest... Raczej mówię więcej niż mniej, a jak jakiś temat mi siedzi to mogłabym o nim dyskutować i dyskutować. Ze sceną faktycznie też w jakimś stopniu się znam, chociaż w takiej roli jeszcze nie byłam. No a ta odwaga... no racja w jakimś stopniu może i jestem, ale jeśli ktoś zna mnie blisko, to wie że akurat ona ma swoje źródło przede wszystkim w podjętej przeze mnie decyzji. W decyzji, że właśnie taka chce być - odważna. Charakter wiadomo, że pomaga, ale nie jest on wystarczający. Kiedy pojawia się jakaś możliwość, która jest wyzwaniem, to zawsze pojawia się pewien dyskomfort. Ja jednak podjęłam decyzję, że nawet jeśli nie będę czuła się wystarczająco dobra, nawet jeśli coś będzie powodować we mnie stres, ale jednocześnie będzie to okazja do rozwoju, pójścia krok do przodu, w jakiś sposób zainwestowania w ważną dla mnie dziedzinę życia, to zrobię to. Nawet jeśli  będę się bała, to nie chcę, żeby strach dyktował mi co robić. Możliwości takie jak ta, którą miałam kilka dni temu, to duża odpowiedzialność, a także prawdziwy przywilej i jestem szczerze wdzięczna za nie.

W naszym życiu mogą pojawiać się różne możliwości do zrobienia czegoś, zaangażowania się w coś, czy wsparcia czegoś, co zapowiada się być czymś wyjątkowym. Możemy mieć potencjał do robienia rzeczy, w które jesteśmy zapraszani, a może być tak, że wykonanie tego będzie od nas wymagało dużo więcej pracy niż od osoby X. Zazwyczaj jednak, kiedy pojawia się coś nowego lub też w jakimś stopniu nowego, to pojawia się również obawa i jest ona niezależna od osobowości czy charakteru. Pewien mniejszy lub większy strach, taki wewnętrzny stresik. Jednak to od nas zależy czy się jemu poddamy, czy może jednak spróbujemy. Nie chcę zachęcać do ślepego chwytania się wszystkiego co jest nam oferowane, a raczej do tego, żeby w sytuacji gdy pojawia się coś, co chociaż na ułamek sekundy przebije się do twojej głowy lub serca, że jest czymś wartym uwagi, to aby strach nie był tym, co ostatecznie Cię zatrzyma, ograniczy i nie pozwoli spróbować. 

Wiecie... jak też wspomniałam, wiem, że przez sporą grupę osób jestem spostrzegana jako ta odważna, ale tak jak również już wspomniałam, nie wiem jak wielu z tych ludzi jest świadomych, że moja odwaga to moja decyzja. To nie jest tak, że wyszukuje sobie niekomfortowe miejsca po to, żeby wypróbować siebie, co lubię i przychodzi mi z łatwością. Wierzcie lub nie, ale nie jestem również typem "gwiazdy" i nie cierpię kiedy ktoś mnie tak określa. Nie wyszukuje sobie miejsc rozwoju, byle by być widoczną, co jak co, ale to akurat absolutnie nie jest moim motywatorem. Powiedziałabym raczej, że to jaka jestem i co staram się robić, to być otwartą, mieć otwarty umysł i serce, a jeśli pojawia się możliwość pójścia do przodu w dziedzinach życia na których mi zależy, to pomimo obawy staram się jej uchwycić i spróbować. Ktoś mądry powiedział "dlaczego zakładasz, że druga strona jest gorsza skoro nie spróbowałeś", a więc dlaczego zakładasz, że nie dasz rady jeśli nie spróbowałeś, jeśli nie spróbowałaś? Dlaczego zakładasz, że po drugiej stronie czeka coś gorszego, skoro tego nie wiesz. A nawet jeśli spróbujesz i nie pójdzie tak, jak byś tego oczekiwał lub oczekiwała to, co w związku z tym? Nic. Po prostu nic. Spróbowałeś, spróbowałaś, nie zasmakowało i tyle. Nie zrzucajmy odpowiedzialności za swoje decyzje na to, że ktoś inny na pewno będzie w czymś lepszy, bo np. więcej bywał na scenie. Dlaczego nie? Bo dla niego też musiał kiedyś być ten pierwszy raz, kiedy zgodził się na niej stanąć. Może faktycznie bycie w miejscach publicznych czy innych, które są dla ciebie wyzwaniem nigdy nie stanie się czymś, co polubisz, ale z drugiej strony może podjęcie się czegoś, co jest dla ciebie skrajnie niekomfortowe pomoże ci otworzyć drzwi do czegoś, na czym bardzo ci zależy? Oczywiście nic nie rób na siłę, bo tak dyktuje Ci otoczenie lub nawet ktoś bliski, po prostu przeanalizuj daną ci możliwość i postaraj się na sucho podjąć decyzję oraz odpowiedzieć sobie na pytanie czy postawienie się w takim miejscu może mieć sens? A jeśli pojawi się chociaż mała myśl o charakterze: "mogłoby być fajnie spróbować", to spróbuj. Podejmij decyzję i spróbuj.

Ja osobiście... dziękuję. Dziękuję, że w swoim życiu mogę mieć różne wyzwania, różne możliwości i że mogę zrobić "coś więcej". Dziękuję też za ludzi, którzy patrząc na mnie często widzą więcej niż ja sama, wieżą we mnie i pomagają mi się rozciągać w tak różnych dziedzinach. A jeśli tylko to, co stanie przede mną jako kolejne wyzwanie będzie czymś, co niesie za sobą istotną dla mnie wartość, to po raz kolejny z wdzięcznością po prostu spróbuje. Oczywiście w mądrości i świadomości, że czasem trzeba wybrać i nie da się robić wszystkiego, jednak to do czego dopuścić w swoim życiu na pewno nie chcę, to żeby moje wybory były ostatecznie podyktowane obawą, bo ona zawsze będzie próbować powstrzymać i zawsze będzie próbować odpowiednio argumentować to dlaczego lepiej byłoby odpowiedzieć możliwościom nie. 

Problem z samoakceptacją, poczuciem wartości? A jednak...


Poczucie zagubienia. Poczucie niskiej wartości. Problem z samoakceptacją. Poczucie dziwnej pustki w zasadzie niczym niepodpartej.

Różne poczucia i uczucia zdarzają się każdemu z nas. I chociaż łatwiej lub trudniej przychodzi nam przyznanie się do tego, to jednak tak jest. Potrzebujemy dobrego słowa, a ponieważ dla niektórych z nas język afirmacji to język miłości, to im więcej nieustających dobrych słów tym lepiej. Potrzebujemy słyszeć, że jesteśmy szanowani, doceniani, wartościowi, kochani, ale jeszcze bardziej potrzebujemy to wiedzieć. Wiedzieć, że jesteśmy wartościowi i że zasługujemy na szacunek, docenienie, miłość. Potrzebujemy na tyle to wiedzieć, aby potrafić okazać to również wobec samego siebie, a więc aby znać swoją wartość, okazywać sobie samemu szacunek, docenienie, a nawet miłość. Brzmi to trochę jak narcyzm, ale nie to mam na myśli...

Od dłuższego czasu zauważam jak wielu ludzi ma problem z zaakceptowaniem siebie i jak bardzo potrzebuje tego od innych. Nie ma oczywiście nic złego w tym, że oczekujemy akceptacji od naszego otoczenia, ale nie możemy pozwolić sobie na to, aby zdanie innych ludzi nas określało. Mamy słuchać co mówią inni i starać się podejść do tego zdroworozsądkowo, a jeśli jest potrzeba to nawet konstruktywnie, ale nasze życie nie może być od tego ostatecznie zależne. W przeciwnym razie uzależnimy się od otaczających nas osób, każde słowo będziemy nadinterpretowywać, a tym samym możemy doprowadzimy swój umysł do wiecznej samokrytyki. "Jestem beznadziejny" "Do niczego się nie nadaję" "Znowu nawaliłam" "Nigdy nie będę lepszym człowiekiem" "Nie zasługuję" itp. Czasem zdarza się, że na tyle potrzebujemy dobrej oceny, że zaczynamy w sposob nagminny przepraszać, a tym samym w pewien sposób uniżać się. Uniżanie to nie wynika jednak z tego, że jesteśmy ludźmi pokornego serca, ale w tym momencie wydaje się nam ono  jedynym dobrym rozwiązaniem. "Jestem tak beznadziejny, że aż muszę za to przepraszać" Nie mówimy w ten sposób, ani też często nawet nie myślimy, ale jednak w jakiś sposób tym się sugerujemy podejmując działania. A to z kolei prowadzi do zamkniętego koła, no bo jak już zdamy sobie sprawę (lub ktoś nam powie), że przeginamy z tym przepraszaniem to czujemy się nie tylko fatalnie, ale przepraszamy za przepraszanie i czujemy się skrajnie beznadziejnie, bo przecież powinniśmy się poczuć lepiej, a czujemy się jeszcze gorzej.

Wiadomo, każdy z nas jest inny i w inny sposób doświadcza i przeżywa emocjonalnie problemy na poziomie samoakceptacji. Jeden przeprasza, drugi milczy, trzeci płacze, czwarty ma poker face i udaje kamienny mur, a piąty stosuję metodę wyparcia, a więc nie dopuszcza do siebie faktu problemu, jednak uwaga... wiecznie uciekać się nie da i kiedyś w końcu będzie trzeba się zmierzyć z samym sobą.

Często naszą wartość upatrujemy w czymś namacalnym co można w jakiś sposób ocenić. W jakichś osiągnięciach, w czymś co wypracowaliśmy, w czymś o co zabiegaliśmy, np. dobra praca, wypracowany status społeczny, pieniądze, krąg znajomych, pełna lodówka, pełna szafa, partner, dzieci, samochód... I specjalnie podaję tak różne dziedziny życia, osoby czy rzeczy, bo dla każdego z nas coś innego jest czymś co myślimy, że posiadanie wypełni naszą wewnętrzną przestrzeń oraz nada wartość pozwalając zaakceptować siebie. I w jakiś sposób to wszystko nas wypełnia, oczywiście! Jednak wszystko co jest wokół, namacalne czy nienamacalne, chociaż może nas uzupełniać, to nie powinno stać się podstawą tego w jaki sposób o sobie myślimy. Mój dom, moja rodzina to moja duma i min. dzięki nim jestem kim jestem, ale nie może to być fundament mojej wartości, fundament mojego dobrego lub złego samopoczucia podczas przebywania z samym sobą. Bo przyjdzie kłótnia, padnie negatywne słowo lub coś potoczy się nie tak jak powinno np. ubiorę dziecko zbyt chłodno i dostanie kataru, a wówczas moje poczucie wartości spadnie jak łeb na szyję. Niektórzy z nas budują swoje poczucie wartości w oparciu o swoją pracę, a więc robią więcej niż mają siły, siedzią w niej do późna, czasem bo trzeba, a czasem bo się już do tego przyzwyczaili, no ale najważniejsze to, że dają 100% z siebie, a więc starają się najlepiej jak potrafią. Za tym idzie jedna pochwała, druga pochwała, są motywowani i wszystko wygląda pięknie, ale przyjdzie jakaś kryzysowa sytuacja, albo zmęczenie, albo szef będzie w niehumorze, albo usłyszą jakąś krytykę i nagle świat się wali, a poczuie winy, wstydu, czy zażenowania nie umie ustąpić. Specjalnie nie podaję skrajnych przykładów typu rozwód czy zwolnienie, bo zazwyczaj już dużo mniejsze elementy podważają grunt pod stopami naszych myśli o samym sobie. I kiedy tak pomyśleć o takich sytuacjach, to czy nie narzuca się stwierdzenie:  bez sensu?

Nie pozwólmy sobie ograbić się z radości życia i z radości tego kim na prawdę jesteśmy. Wszem otaczają nas różne kłamstwa na temat tego kim jesteśmy i jacy jesteśmy. Kłamstwa te przychodzą min. od ludzi, ale też od nas samych. Jesteśmy wprost ograbiani z naszego życia i z umiejętności cieszenia się doświadczaną chwilą. Wiem, że nie łatwo to odkryć i wyselekcjonować co jest prawdą, a co nie. Co lub kogo warto posłuchać, a co  lub kogo niekoniecznie. Często nie łatwym jest również odnaleźć w sobie człowieka, którego się lubi, jednak dostrzegam to jako jeden z elementów, który jest wręcz niezbędny do szczerej radości z życia, a do niej przecież dążymy.

Samoakceptacja. Lubienie siebie. Odrzucenie tego, co jest kłamstwem i  czasem pokorne, ale bez przesady ;), przyjęcie tego, co jest krytyką. Bardzo trudne, a jednak wydaje się tak bardzo ważne.

Zauważyłam, że ostatnio często pytałam mojego męża o zdanie w różnych kwestiach, które mnie dotyczą... o to czy mu smakowało coś, co zrobiłam... o to, czy dobrze w czymś wyglądam... o to, czy mój blog to nie sterta bzdur, ale coś wartościowego.. a nawet o to, czy nie jestem nudnym człowiekiem, bo jakaś taka myśl się ostatnio pojawiła. Zadałam mu te i inne pytania, a zawsze było ono poprzedzone pytaniem "powiesz mi coś szczerze?", a po jego wypowiedzi padało kolejne pytanie: "ale mówisz tak serio, czy dlatego, że chcesz, żeby mi było miło?" Pytam, dopytuje i ponownie dopytuję i wiecie co jest najgorsze, że jego odpowiedzi wciąż są niewystarczające, a pochwały "na pewno naciągnięte".  A więc pojawia się chęć postawienia kolejnego pytajnika "ale czy na pewno?", a jeśli już dojdzie do zwerbalizowania go, to w mojej kobiecej głowie przychodzą myśli..."Nie no... tyle razy zapytałam, że on już na pewno dla świętego spokoju odpowiada to, co chcę usłyszeć." a potem jeszcze myśl "Jakie to musi być męczące, że ja ciągle pytam, ja to już bym się sfrustrowała na jego miejscu" i do tego jeszcze czasem zaczynam przepraszać! Ech... przydałaby się tu emotikona z uderzeniem ręki o czoło haha Nie martwcie się o mnie, nie robię tego wszystkiego nagminnie i nie przechodzę aktualnie stanów depresyjnych, ale skoro już to zauważyłam, to staram się temu przyglądnąć jako obserwator i ocenić. Jednak nie tyle po to, żeby skrytykować i znowu pozwolić myślom uciec w nieznane, ale raczej żeby podejść do tego z jakimś rozsądkiem, jakimś umiarem i zastanowić się z czego to wynika, no i skoro już stwierdzam, że jest to bez sensu to, co z tym zrobić dalej, żeby nie powtórzyć schematu. Taka głębsza analiza :) 

Niemniej... Jakkolwiek... Chcę zarówno Ciebie, jak i siebie, zachęcić do polubienia samego siebie. Polubienia nie w kategorii egoizmu, samowystarczalności, czy narcyzmu, ale tak po prostu... do polubienia siebie po to, żeby w końcu przestać pozwalać okolicznościom, innym ludziom, a w zasadzie to samemu sobie okradać się ze szczerej radości... Radości z naszego życia, które nikt za nas nie przeżyje, a to dość istotne stwierdzenie. Niech dobre rzeczy w naszym życiu nas uzupełniają, niech nasze osiągnięcia lub porażki nas kształtują, niech relacje z innymi nas ubarwiają, ale miejmy też swoje nie do zachwiania fundamenty tego kim jesteśmy. Fundamenty, do których zawsze będziemy potrafili wrócić jak będzie się trząść grunt pod nogami. Fundamenty, które niezależnie od okoliczności nie zmieniają w nas poczucia wartości oraz tego, że tak po prostu... lubimy i akceptujeny siebie.


A może by tak spojrzeć w górę?


Cisza. Mocne słońce. Wiatr. Świerszcze. Niebo.

Cudownie, letnio, natura i moja głowa, a dokładnie niedające mi spokoju myśli... 

Idąc, na początku bezustannie patrzyłam w dół i przed siebie, a tam głównie beton, kostka brukowa i co jakiś czas znaki mówiące jaka firma w pobliżu ma swoją siedzibę. Odczuwałam cudowny wiatr, który po upałach był niczym zbawienie, a idąc czułam się na prawdę dobrze, jednak w głowie kotłowały się myśli dot. różnych decyzji, które musieliśmy z mężem podjąć. Jakoś tak cały poranek byłam zestresowana, a teraz nie umiałam w pełni się wyluzować.

Kilkukrotnie, na chwilę, moją uwagę przykuł wiatr, a po jakimś czasie zaczęła przebijać się również myśl, że Boża obecność przychodzi w podmuchu wiatru. Jest fragment w Biblii, który właśnie w ten sposób opisuje Bożą obecność.* Zaczęłam skupiać się na tej myśli, a potem dostrzegłam dość intensywny świergot ptaków oraz cykanie świerszczy. Zaczęłam coraz bardziej wrzucać na luz, odprężać się, a nawet zwolniłam tępo spaceru. Spojrzałam w górę zauważając jak piękne było w tym dniu niebo...

Spojrzałam w górę...

Spojrzałam i tym razem już w pełni wyluzowałam.

Cisza. Mocne słońce. Wiatr. Świerszcze. Niebo.

Jak często spostrzegamy piękno tego, co nas otacza? Jak często dostrzegamy coś więcej niż betonowe płyty, pędzących ludzi i uciekający czas? Jak często patrzymy w dół, a jak często w górę?  Jak często pozwalamy sobie samemu wyciszyć myśli i się wyluzować?

Mówi się, że jak trwoga, to do Boga i nie raz widzimy, że tak to działa. Dlaczego jednak patrzeć w górę tylko w tedy gdy czegoś nam brakuje, coś doskwiera lub kiedy mamy poczucie, że nie ma już innego wyjścia? Z góry może nadejść moje wybawienie, ale też może tak po prostu... ukojenie, odpoczynek, mały reset, pokój... Ten sam Bóg o którym mowa, że przychodzi w powiewie wiatru, mówi, żebyśmy oddali Mu wszystko co nas dręczy, a On wypełni nas pokojem, którego ludzki rozum nie potrafi pojąć.** Ten sam Bóg mówi również, żeby zmęczeni i przeciążeni przyszli do Niego, a On da im odpoczynek.*** Wydaje się to dziwne, no bo ten świat tak pędzi... więc jaki odpoczynek? jakie ukojenie? i jaki pokój?

A ja bym chciała zachęcić do zadania sobie pytania: A co jeśli On rzeczywiście może? 

Cisza. Mocne słońce. Wiatr. Świerszcze. Niebo.

Czasem myślę, że mam coś z filozofa, chociaż ta nauka zawsze wydawała mi się szczególnie obca... Niemniej... kiedy pomyślę o tym spacerze i jak przez chwilę było mi dobrze i spokojnie, to stwierdzam, a co tam! Może i brzmię jak filozof, ale takiego poczucia spokoju życzę każdemu. Czas pędzi, świat pędzi, ludzie pędzą, ale gdyby tak, raz na jakiś czas, pozwolić sobie na chwilę się odciąć, spojrzeć w górę i totalnego wyluzować?

Cisza. Mocne słońce. Wiatr. Świerszcze. Niebo.



* Fragment Pisma Świętego: I Ks. Królewska 19; 11-13 
Inspirując się tym fragmentem napisałam jeden z moich wpisów: https://www.kobietanaziarnkugrochu.pl/2018/10/szept.html
**  Nawiązanie do fragmentu Pisma Świętego: Filipian 4; 6-7
*** Nawiązanie do fragmentu Pisma Świętego: Ew. Mateusza 11; 28

Być niezależnym


Być niezależnym.

Trend współczesnego świata? Styl życia? Czy nasza potrzeba? 

Dążymy do tego, żeby osiągnąć niezależność. Zrobimy wiele, byleby nie być od kogoś zależnym. Staje się to jednym z naszych priorytetów, a nasze otoczenie nie przestaje powtarzać jak bardzo jest istotne.

Niezależny, a więc według sjp:
1. «niepodporządkowany komuś, czemuś, decydujący o sobie; też: świadczący o braku podporządkowania komuś lub czemuś»
2.  «niebędący wyznaczonym, zdeterminowanym przez coś»
3. «wygłaszający bezstronne opinie, niekierujący się interesem żadnej grupy społecznej»*

Czytając te definicji stwierdzam, że brzmi to na prawdę dobrze... a w mojej głowie pojawia się słowo wolność. I szczerze powiedziawszy, wydaje mi się, że jest to jeden z czynników dla których dążymy do niezależności. Oczekujemy, że da nam ona wolność. Pytanie czy rzeczywiście tak jest? Na pewno w wielu kwestiach tak... np. niezależność finansowa w chwili gdy człowiek zaczyna swoje dorosłe życie jest czymś, co dodaje mu skrzydeł, daje poczucie odcięcia pępowiny. Albo niezależność związana z wyborem ścieżki rozwoju osobistego, a więc i asertywność w chwili gdy ktoś próbuje nas na siłę do czegoś zmusić. O, albo niezależność związana z wolnością słowa, czy wyborem przynależności do jakiejś grupy społecznej.

Jestem niezależny, a więc mogę wybierać co chcę robić, gdzie chcę być, z kimś się zgadzam a z kim nie. Mogę nawet na głos wyrazić swoją opinię i nikt nie ma prawa mnie za to skarcić. A więc nie dziwne, że dążymy do niezależności skoro daje nam ona szereg różnych przywilejów/możliwości.

Co jeśli jednak, tak bardzo poszukujemy w ten sposób określonej wolności, że staje się ona naszym nadużywanym argumentem w niekomfrotowych sytuacjach? Co jeśli bycie niezależnym, zamiast uwalniać to zniewala? I co jeśli prawdziwa wolność nie zawsze oznacza niezależność?

Rodzina. Związek. Praca. Nauka. Grupa społeczna. Sport. Mamy prawo swobodnie wybierać i swobodnie się wypowiadać, ale w chwili gdy już coś wybierzemy to, żeby nie pozostać samotnikiem i okazać trochę mądrości życiowej, potrzebujemy co najmniej uszanować odmienność zdania innych ludzi, czy też zacząć z kimś współpracować, a więc idąc dalej... poniekąd stać się od kogoś zależnym.

Małżeństwo bez partnerstwa, możliwości polegania na sobie i wspólnego podejmowania ważnych decyzji? Rozwój zawodowy bez zaakceptowania pewnych wymagań czy zasad? Zdobycie stopnia naukowego bez przyswojenia pewnej wiedzy? Identyfikacja z daną grupą społeczną bez zaakceptowania ich wartości? Uprawianie sportu bez akceptowania zasad danej dyscypliny? Można? Może i można, ale niech każdy z nas dopowie sobie jaki byłby tego owoc, jaki finisz.

Wszystko można, ale nie wszystko jest mądre czy chociaż rozsądne.

Nie chodzi o życie w zniewoleniu. Nie chodzi też o życie w ślepej akceptacji wszystkiego co nam mówią, narzucają czy karzą. Mamy wciąż mieć otwarty umysł i podejmować decyzję w oparciu o świadomość wolności i tego, ze nikt nie ma prawa do zniewolenia nas. Ale niech też potrzeba poczucia niezależności nie przerodzi się w drugą skrajność, czyli zamknięcie się na opinię innych, brak szacunku wobec nich, czy też wymówkę do tego, żeby przestać pracować nad sobą. 

Według mnie, prawdziwa wolność i niezależność jest w tedy, gdy nie pozwalamy sobie na zamknięcie się wobec tego, co możemy jeszcze się nauczyć. Według mnie, osoba, która zakłada, że nie ma już nic czego mogłaby się dowiedzieć w różnych dziedzinach i stwierdza, że wie już wszystko, staje się właśnie osobą zniewoloną. Osoba, która zasłania swoje słabości czy wady niezależnością i wolnością pozbawia siebie samego nie tylko możliwości bycia lepszym czy mądrzejszym, ale przede wszystkim okrada samego siebie z tego, żeby mieć lepsze życie. 




Daj sobie pomóc


Myślę, że ten post szczególnie odniesie się do osób, które podobnie jak ja przejawiają mentalność "Zosi samosi", ale kto wie, co ostatecznie moje palce na "papier" przeniosą ;)

Pomoc... jest to coś, co z jednej strony w różnych sytuacjach bardzo potrzebuję, a z drugiej coś, czego muszę się uczyć jak przyjmować... Z natury jestem zadaniowcem, który wciąż i wciąż wyszukuje sobie różnych zadań. Jak to mój mąż mówi, kiepsko mi idzie odpoczywanie, bo zazwyczaj to własnie ono jest moim największym wyzwaniem... Nie umiem odpocząć jeśli widzę bałagan lub brud (tak, to dwie różne rzeczy ;) ). W mojej głowie wiecznie pojawia się myśl co jeszcze można by było zrobić lub co wypadałoby zrobić. Kiedy zbyt długo nic nie robię, to czuję się nieswojo. Ciągle walczę z czasem próbując upchać jak najwięcej rzeczy np. "dobra... to jeszcze szybkie pranie" "ok, to jeszcze tylko tą jedną rzecz przygotuję" i tak do momentu aż nie mam wyboru i jestem zmuszona przestać wymyślać. Czym to się kończy? A no tym, że albo uda mi się usiąść, ale jak już usiądę to z przyczyn wyższych jednak muszę wstać, albo jestem tak zmęczona, że kiedy wieczorem mogę odpocząć, to jedyne na co mam siłę, to siedzenie lub opcjonalnie spanie. Ten sam schemat funkcjonuje u mnie zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Myślę, że ostatecznie, najbardziej przykre jest to, że z trudnością przychodzi mi cieszyć z wolnej chwili kiedy ona już nastanie. Bo kiedy ona już jest, to mam od niej tyle oczekiwań, że ostatecznie łatwiej przychodzi mi frustracja i nerwy niż spokój i relaks. Odkąd byłam w ciąży, to sporo się w tym temacie zmieniło, ale bez wątpienia tendencja wciąż jest, a jak jest tendencja to łatwo o nawyk.

Prawda jest taka, że jest kilka rzeczy, które faktycznie mogłabym odpuścić, ale są też rzeczy w których mogłabym sobie ulżyć korzystając z pomocy, która niejednokrotnie była mi oferowana lub jest możliwa jeśli tylko zapytam. 

- Pomóc Ci?
- Nie, dziękuję. Szybko to ogarnę.

- Pomóc Ci?
- Hmmm.... aaaaa... eeeee... wiesz co? Albo nie, nie dziękuję, dam radę.

- Pomóc Ci?
- Nie, Ty odpocznij.

A prawda jest taka, że w mojej głowie często pojawia się głos: TAAAAAK. Czemu jednak odpowiadam inaczej? Czasem, bo faktyczne tak uważam. Czasem, bo nie umiem się zdecydować jak coś podzielić. Czasem, bo nie chcę obciążać innych. Czasem, bo głupio mi się przyznać, że jest mi trudno i nie potrafię ogarnąć swojego życia tak jak wydaje mi się, że powinnam. A czasem, bo wolę to zrobić po swojemu. A po swojemu niekoniecznie oznacza, że ja coś zrobię lepiej, ale że ta druga osoba nie zrobi tego tak, jak ja, co z różnych następnych powodów bywa dla mnie niekomfortowe. Zamiast wyluzować i pozwolić sobie pomóc, to nakładam jeszcze swoje wymagania. Chociaż piszę to w pierwszej osobie, to jednak wiem doskonale, że  nie jestem jedyna w takim toku rozumowania. Inaczej rzecz ujmując... jest nas wielu :) I moi drodzy muszę to Wam powiedzieć, że koniec końców... kiedy padamy na twarz i czujemy się sfrustrowani, a emocje nami miotają, to jest to NASZA wina. 

Kiedyś w ferworze zajęć domowych i opieki nad dzieckiem postanowiłam powiedzieć mojemu mężowi, że mógłby się domyślić i mi pomóc w kilku rzeczach, bo zrobiłam to, to i to, a i jeszcze to, a jestem tylko człowiekiem i nie mam już sił wszystkiego ogarniać (muszę tutaj dodać, że mój mąż bywa wyjątkowo domyślny i na prawdę jest niesamowicie pomocny). Wiecie co mi odpowiedział po wysłuchaniu moich żali? "Jak mam Ci pomóc jeśli  przychodzę do domu z pracy, a ty już wszystko zrobiłaś?" NO WŁAŚNIE! Jak ma mi pomóc? Zrobiłam milion rzeczy i brawo mi za to, ale z drugiej strony to był mój wybór, że będę szaleć z ilością rzeczy, zamiast podejść do wszystkiego spokojnie i coś odłożyć, a następnie poprosić o pomoc. 

I teraz pora zadać sobie pytanie: Czy warto?

Może jesteś pracusiem i dobrze Ci z tym. A może jesteś pracusiem, który czasem przegina? Przegina bo zrobił coś, co jednak nie musiało być zrobione albo po prostu... zbyt wiele się skumulowało i na prawdę ciężko jest wszystko ogarnąć? Jeśli tak, to przestań udowadniać sobie i innym jakim jesteś bohaterem i daj sobie pomóc, bo pozwolę sobie odpowiedzieć za nas wszystkich : nie warto.

Zmiana perspektywy? Jak?


Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie ja decyduję o moim życiu i perspektywie, którą wybieram.
Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie Ty decydujesz o swoim życiu i perspektywie, którą wybierasz.

To są słowa, którymi zakończyłam ostatni post. Ale jak to u mnie czasem bywa... odczuwam nie wyczerpanie tematu i po kliknięciu Opublikuj pojawiło się jeszcze kilka myśli, a przede wszystkim ta: A co jeśli się nie da? Co, jeśli spojrzenie z innej perspektywy wydaje się niemożliwe?

Po porodzie, jeszcze w tej samej dobie, byłam ponownie operowana. Urodziłam poprzez cesarkie cięcie i jeszcze w tej samej dobie ponownie byłam cięta, a więc wszystko po kolei... brzuch, mięśnie, ścięgna, nerwy... wszystko, aż do macicy musiałam mieć ponownie rozcinane. Dlaczego? Ponieważ okazało się, że na mięśniach brzucha tworzyły się krwiaki, jednak musieli sprawdzić wszystko, aby mieć pewność gdzie nastąpiły powikłania. Cesarka była pierwszą w moim życiu operacją, a więc odczuwany po niej ból zakładałam, że jest normalny. Jednak około godziny 22 czy 23, po obudzeniu się z wrzaskiem na ustach pomimo otrzymywanych stale środków przeciwbólowych, już wszyscy w szpitalu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Ból był tak olbrzymi, że syczałam nawet kiedy odkrywano mi kołdrę. Nie byłam wstanie wytrzymać delikatnego dotyku podczas badania i chociaż głowica usg niemalże nie dotykała mojego brzucha i na prawdę starano się oszczędzić mi bólu, to jednak wbrew sobie trzymałam lekarzom ręce jednocześnie płacząc i przepraszając za to. Kiedy przewożono mnie na salę operacyjną, to w chwili kiedy przejeżdżali po czymś co nie było idealnie płaskie, syczałam próbując stłumić jęk i krzyk. Kiedy leżałam już na sali operacyjnej i łzy ciekły mimowolnie, to jedyne o czym myślałam było: "Boże, nieważne jak, ale ja już nie chcę czuć". Doświadczany ból był tak ogromny, że on i późniejsze pooperacyjne zmagania, totalnie przysłoniły mi perspektywę. Chociaż z natury jestem optymistką to jednak w tym momencie kompletnie nie potrafiłam spojrzeć szerzej. Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie potrafiłam wyobrazić sobie, że będzie lepiej, że to wszystko minie. Kiedy tydzień po opuszczeniu szpitala siedziałam obok męża w domu, to pamiętam jak w wielkim szoku powiedziałam do niego "... jeszcze kilka dni wcześniej czymś niewyobrażalnym dla mnie było, że będę się czuć tak, jak czuję się dzisiaj". Zmiany zaczęły następować.

Dlaczego o tym piszę? Absolutnie nie dlatego, żeby wzbudzać w kimś współczucie, nie chcę również grać na czyichś emocjach, ale piszę o tym, żeby pokazać, że również znalazłam się w miejscu, gdzie jedyne co mogłam zrobić to próbować wzbudzać w sobie nadzieję, próbować słuchać dobrych rzeczy i czekać... czekać aż nastąpi jakiś inny etap. Jakikolwiek, ale inny.

Wiem, że nie zawsze jest łatwo sprostać wyzwaniu jakim jest szerszy ogląd na sytuację, ale na podstawie swoich różnych doświadczeń, mimo wszystko, stwierdzam, że trzeba próbować. No i w pełni świadomie chcę powiedzieć, że możemy sobie w tym pomóc już dzisiaj, nawet jeśli w tym momencie nic trudnego nie przeżywamy. Pomyślałam, że podzielę się tym co mi pomaga. Tym, o co na co dzień zabiegam, niezależnie od tego czy jestem w łatwym czy trudnym momencie życia.

1. Bliskość Boga, uczenie się zaufania Mu, bezustanne poznawanie Go i świadomość Jego obecności. Bóg potrafi coś, czego ja nie, a tj. spojrzeć na moje życie od początku do końca. Nie oznacza to, że przebywanie z Nim daje mi taką możliwość (nawet szczerze powiedziawszy nie chciałabym być wszechwiedząca ;) ), ale oznacza to, że Bóg żadną sytuacją w moim życiu nie jest zaskoczony. Nie jest zaskoczony to nie oznacza, że skrzętnie planował szereg wydarzeń w moim życiu, ale że jest wstanie zobaczy zarówno początek, jak i koniec moich różnych zmagań. Wierzę, że Bóg jest dobry i nic, NIC, co złe nie pochodzi od Niego, a świadomość tego, że Jego perspektywa jest dużo szersza i to, co dla mnie jest w danym momencie murem, który nie ma krańców, On widząc wszystko z góry widzi je doskonale, pomaga. Mieć takiego Boga po swojej stronie? Wow, bezcenne! W dodatku kiedy czytam Jego Słowo, to mówi On jasno, że nie porzuci, ani nie opuści; że nie odwraca się plecami; że jeśli tylko będziemy szukać, to znajdziemy; że jeżeli powierzymy mu nasze zmartwienia, to On jest wstanie wypełnić nas pokojem, którego ludzki rozum nie jest wstanie pojąć. Dlaczego nie jest? Bo jak w sytuacji totalnego kryzysu i bólu mamy mieć wewnętrzny spokój i mimo wszystko umieć odpocząć? Noooo... trudne. Jednak dla Boga możliwe. A więc życie w relacji z Bogiem zdecydowanie pomaga w zmianie perspektywy.

2. Ludzie. Jakkolwiek to zabrzmi, ale... dobór ludzi z którymi dziele moje życie. Dobór brzmi brutalnie, ale nie chodzi o to, że wybieram kogo polubie, a kogo  nie, a raczej kto będzie znać moje serce, a kto nie koniecznie. Dlaczego to takie ważne? Bo zarówno w dniu powszednim, jak i w dniu kryzysu potrzebuję ludzi, którym mogę zaufać i którzy są gotowi mówić dobre rzeczy do mojego życia. Ludzi, którzy kiedy zacznę się użalać pozwolą mi na to, ale tylko do pewnego momentu i będą gotowi trochę mną potrząsnąć kiedy przesadzę. Ludzi, którzy znając mnie będą potrafili w odpowiedni sposób mi potowarzyszyć i z którymi relacja jest na tyle bliska, że słowa chociaż czasem konfrontujące nie pogłębią rany a zmotywują do pójścia dalej. Ludzi, którzy popłaczą ze mną kiedy trzeba, ale i pośmieją się w innym momencie. Ludzie, którzy chociaż nie są jasnowidzami, to są wstanie pomóc mi dostrzec inną perspektywę.

3. No i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o samoświadomości... To, co mi też pomaga to odważne konfrontowanie siebie i zadawanie sobie różnych, czasem dziwnych pytań, które mają mi pomóc w przybliżeniu ocenić rezultat różnych moich zachowań, podejść itp. Pomaga mi również odniesienie się do swoich wartości i tego, co jest dla mnie ważne. A także świadome podejście do siebie i pracy nad swoimi słabościami. Za jedną ze swoich największych słabości uważam emocjonalność i chociaż wiem, że to nie emocje mają mną rządzić, to jednak zdecydowanie zbyt często się im poddaje i w różny dziwny sposób je uzewnętrzniam. A więc... tak, nie piszę tego z perspektywy doskonałego człowieka, ale człowieka, który doskonale wie, że ma nad czym pracować, a praca nad tym czasem mocno doskwiera. I doskonale wiem, że w chwilach trudnych, moje słabości jeszcze bardziej są odczuwalne. I tutaj, wbrew pozorom, świadomość tego, że np. emojconalność jest moją słabością  pomaga mi  w jakiś sposób się zdystansować.

Długi ten post, jednak mam nadzieję, że dotarliście do końca. Jestem bardzo ciekawa co Wam pomaga... Może ktoś będzie chętny się ze mną tym podzielić? Jeśli tak to zapraszam do komentowania :)


Ja decyduję.


Cieszyć się z małych rzeczy i uczyć się je dostrzegać.

Wyszukiwać tego, co może i małe, ale pozytywne, żeby mieć siłę do budowania szerszej perspektywy.

Wybierać z jakiej perspektywy patrzę w przyszłość i mieć świadomość, że stojąca przede mną ściana trudności ma swoje końce.

Chociaż temat perspektywy często wraca do mojej głowy, to jednak wciąż, i wciąż, I WCIĄŻ.... uczę się nie poddawać okolicznościom, a jeśli jest kiepsko, to jednak starać się spojrzeć szerzej. No bo "to tylko pewien etap", pewien moment w moim życiu, który przecież ulegnie zmianie.  Myślę, że w szczególności teraz, kiedy mam małe dziecko to w taki szczególny sposób się tego uczę. Mam cudownego synka, na prawdę jest cudowny! Jest  śliczny, pięknie się do mnie uśmiecha (etap komunikatywności - rozpoczęty ;)) itp., ale jednak, wciąż moje życie, w większości, jest podyktowane jego potrzebami. Chociaż jest malutki, to jednak jest człowiekiem! A więc... nie zawsze chce spać tyle ile spał dnia poprzedniego... nie zawsze ma dobry humor... czasem go coś boli lub denerwuje... i wciąż niekoniecznie udaje się, że moje plany idą zgodnie z tym, jak sobie to wymyśliłam. Mogę na to narzekać i wiecznie chodzić sfrustrowana, ale mogę też wrzucić bieg na luz i każdego dnia cieszyć się danym dniem, momentem, chwilą. Pomimo tego, że tak wiele rzeczy na tym etapie nie jest ode mnie zależnych, to jednak to jest. Albo odpuszczę i będę się cieszyć życiem, albo nie odpuszczę i stracę możliwość przeżycia w sposób wartościowy tego etapu mojego życia, który de facto nigdy się już nie powtórzy.

A tak swoją drogą, czy wiesz, że żaden dzień w naszym życiu się już nie powtórzy? Jeśli masz dziecko, to czy wiesz, że już nigdy nie będziesz mieć pierwszego dziecka, bo ono już się urodziło? Jeśli podjąłeś/łaś nową pracę, to czy wiesz, że już nigdy nie będzie twojego pierwszego dnia w tym miejscu, bo każdy inny pierwszy dzień, będzie w innym miejscu i z innymi ludźmi? Wiesz, że już nigdy nie powtórzą się te święta.. te urodziny... ten weekend.... ten tydzień.... ten dzień? Może życie przyniesie podobne dni, ale już nigdy takie same! Nigdy taki same, bo nawet jeśli będziesz miał/a poczucie déjà vu, to jednak coś będzie innego... może ludzie, może miejsce, a może Ty? Nawet jeśli wydaje się, że nic się nie zmienia, to jednak się zmienia. Chociażby właśnie to, że każdego dnia, każdy z nas, jest o kolejny dzień starszy, a więc i o kolejny dzień doświadczenia bogatszy. 

Przychodzi kolejny dzień, który w jakiś sposób na nas wpływa. Daje nowe możliwości, nowe wyzwania, nowe okoliczności, czegoś uczy. Pytanie tylko co z tym zrobimy. Pozwolimy na to, żeby nasze życie nas wzbogaciło w ten dobry czy zły sposób? Wzmocniło czy przygniotło? Dni są, jakie są. Okoliczności są, jakie są. Jednak wciąż, po naszej stronie pozostaje decyzja wyboru perspektywy. W jaki sposób skorzystasz z tego, co przynosi twój aktualny etap w życiu, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie.

Tak sobie myślę, że mogę skupiać się na różnych trudniejszych aspektach mojego życia i wałkować to w mojej głowie bez ustanku, aż coś wybuchnie we mnie z powodu narastającego poczucia bezsilności. Mogę również chwytać wszystko co dobre i piękne, niezależnie ile tego w danym czasie jest i cieszyć się moim życiem. Mogę pozwolić, żeby szala wagi przechylała się na stronę negatywnych emocji i nimi żyć z dnia na dzień, ale mogę też zainwestować w drugą stronę wagi tak, żeby szala przekrzywiała się w stronę tych pozytywnych emocji. Mogę wybrać zbieranie tych drobnych chwil, żeby w razie "w" mieć ułatwiony start budowania szerszej perspektywy, albo mogę karmić się tym, co negatywne i budować sobie mur, który w trudniejszym momencie kompletnie zasłoni mi widok. Mogę to, ale mogę też tamto. Mogę, a więc to JA decyduję.

Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie ja decyduję o moim życiu i perspektywie, którą wybieram.
Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie Ty decydujesz o swoim życiu i perspektywie, którą wybierasz.