Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej


Wakacje, wakacje i po wakacjach. Jedni mieli możliwość wypoczynku, inni niekoniecznie. Jedni wyjechali, inni zostali. Niemniej ostatecznie każdy skądś, gdzieś wraca. Każdy ma swój jakiś mały kąt, do którego wraca z wakacji czy po pełnym dniu pracy. Każdy ma jakieś miejsce do którego wraca po spotkaniu ze znajomymi, czy wracając ze szkoły. Wracamy do miejsca, które powszechnie nazywamy domem.

W tym roku mieliśmy możliwość pojechać na kilka dni w Bieszczady, a później odwiedziliśmy rodzinę w naszym rodzinnym mieście. W przeciągu dwóch tygodni trochę byliśmy tutaj, trochę tutaj i trochę tam. Jednak każdy powrót do naszych czterech ścian powodował poczucie odprężenia. Poczucie "dobrze tu być". Nasz dom, to mieszkanie, które nabyliśmy prawie 2 lata temu i muszę przyznać, że wciąż kiedy do niego wracam to lubię ten efekt "wow". Wow bo podoba mi się wystrój, wow bo po chwili nieobecności jeszcze bardziej doceniam to, co mam, ale największym wow jest to, jak się tam czuję.

Kiedy 2 lata temu kupowaliśmy mieszkanie i zastanawiałam się nad wystrojem, to zależało mi na tym, aby jedna z ramek zawierała napis home. Celowo home, ponieważ był to czas, kiedy dosyć intensywnie przeżywałam głębię tego słowa. Głębię jaka w nim jest zawarta... W angielskim mamy dwa wyrazy home i house, to pierwsze nawiązuje również do sfery relacyjnej i emocjonalnej, a to drugie raczej określa budynek. W Polsce mamy jedno słowo określające oba te aspekty: dom, a wiec stąd mój wybór doboru słowa do ramki, po prostu chciałam podkreślić głębię tego, co to znaczy dla mnie. Dobrze się czuję w moim domu nie tylko dlatego, że jest ładny, nowy i mój, ale przede wszystkim dzięki ludziom, którzy go tworzą. Dzięki mojemu mężowi, a teraz i mojemu synowi. Mój dom to moja ostoja, miejsce akceptacji, miłości i wspólnego przeżywania róóóżnych emocji. Miejsce gdzie jestem kochana nie tylko ze względu na moje zalety, ale również pomimo moich wad. Po prostu kochana w pełnym pakiecie. I chociaż są różne sytuacje, nie zawsze mamy z mężem takie same zdanie, pod wpływem emocji padają różne słowa czy stwierdzenia, to jednak naszą decyzją jest się kochać i dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że to czuję i wiem.

Mój dom to mój mąż, mój syn, moje mieszkanie, ale też moi bliscy. Moi bliscy niekoniecznie musi oznaczać biologiczną rodzinę. Może, ale nie musi. Ostatnio dużo myślę o tym, jak niesamowitych ludzi mam wokół siebie. Mam wspaniałą rodzinę, ale również cudownych przyjaciół. Nieocenione piękno mieści się w garstce szczególnie bliskich mi osób, przed którymi nie tylko mogę być sobą, ale również nie muszę wstydzić się za siebie, nawet jeśli zrobię lub powiem coś, co ewidentnie powinno wzbudzić we mnie takie uczucie. Są szczerzy, czasami aż do bólu, ale ponieważ jesteśmy sobie bliscy to wiem, że żaden mój "wyczyn" nie zmieni ich zdania o mnie, a cokolwiek nie powiedzą, jakkolwiek czegoś nie skomentują, to mogę być pewna, że nigdy nie mają na celu skrzywdzenia mnie. Nie są idealni, bo przecież nikt z nas nie jest, ale właśnie za to ich kocham. Za to, że nie udają ideałów i są gotowi dzielić ze mną swoje życie, a także moje chcą wspólnie przeżywać.

Mój dom to mój mąż, mój syn, moje mieszkanie, moi bliscy, a także mój Bóg, nasz Bóg. Nie mam swojego osobistego Boga, ale nie ukrywam, że lubię o Nim mówić, że jest mój. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że w ten sposób podkreślam naszą bliskość. Moje życie to wcale nie jest pasmo samych powodzeń. Moje życie to nie jedynie dobre wspomnienia. Moje życie to nie zawsze udane relacje. Moje życie to na pewno nie brak trudnych rozmów i sytuacji. Moje życie to na pewno nie brak zmagań na różnych jego etapach. Ale ponad to wszystko zawsze jest On, mój Bóg. Nie oznacza to, że żyję w krainie mlekiem i miodem płynącej i wiecznie stąpam po dywanie usłanym różami - absolutnie! Żyję na takim samym świecie jak Ty. Popełniam błędy tak samo jak Ty i jak on. Często mam problem z ogarnięciem rzeczywistości jak on i jak ona. Jednak niezależnie od moich słabości mam kogoś, kto jest więcej niż ostoją, bo jest ostoją, która nie ma szans ulec osłabieniu. Jego obecność to moja przystań, bezpieczne miejsce. Jego obecność to mój dom. Ktoś kiedyś powiedział, że jedyną stałą w naszym życiu jest właśnie On, Bóg, a wszystko pozostałe się zmienia. Nie koniecznie w kontekście "na gorsze", ale po prostu się zmienia. On jednak... nigdy. Był, Jest i Będzie ten sam. Tak samo kochający, tak samo silny, tak samo bliski, tak samo gotowy.

W te wakacje wydarzyło się kilka sytuacji, w których nawet mi było ciężko poznać samą siebie. Czułam się momentami nie tylko sobą zawiedziona, ale czułam się jak... dzikuska.. I nie ważne gdzie odnajdę tego źródło... czy w wciąż szalejących hormonach, bo jestem matką karmiącą, czy w tym, że już tak długo nie prowadzę "dorosłego życia", bo wraz z ciążą przyszło mi pozostać w domu i tak pozostanie do przyszłego roku, czy byłam tak zmęczona, ze już się poddałam emocjom, czy może zmagam się z czymś głębszym od jakiegoś czasu, czy może wszystkiego po trochu i jeszcze coś... Nie ważne... Już nie ważne... Było, minęło, już uporałam się ze wstydem i poczuciem zawodu względem siebie samej. I muszę to głośno powiedzieć, że z całego serca jestem wdzięczna za to, że w takich i innych sytuacjach mam gdzie wracać- do swojego domu... Do ramion mojego męża i syna, moich bliskich, a przede wszystkim do ramion mojego przyjaciela i Taty, do ramion mojego Boga.  

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Related Articles

0 komentarze:

Prześlij komentarz