Zmiana perspektywy? Jak?


Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie ja decyduję o moim życiu i perspektywie, którą wybieram.
Jakkolwiek i cokolwiek, to ostatecznie Ty decydujesz o swoim życiu i perspektywie, którą wybierasz.

To są słowa, którymi zakończyłam ostatni post. Ale jak to u mnie czasem bywa... odczuwam nie wyczerpanie tematu i po kliknięciu Opublikuj pojawiło się jeszcze kilka myśli, a przede wszystkim ta: A co jeśli się nie da? Co, jeśli spojrzenie z innej perspektywy wydaje się niemożliwe?

Po porodzie, jeszcze w tej samej dobie, byłam ponownie operowana. Urodziłam poprzez cesarkie cięcie i jeszcze w tej samej dobie ponownie byłam cięta, a więc wszystko po kolei... brzuch, mięśnie, ścięgna, nerwy... wszystko, aż do macicy musiałam mieć ponownie rozcinane. Dlaczego? Ponieważ okazało się, że na mięśniach brzucha tworzyły się krwiaki, jednak musieli sprawdzić wszystko, aby mieć pewność gdzie nastąpiły powikłania. Cesarka była pierwszą w moim życiu operacją, a więc odczuwany po niej ból zakładałam, że jest normalny. Jednak około godziny 22 czy 23, po obudzeniu się z wrzaskiem na ustach pomimo otrzymywanych stale środków przeciwbólowych, już wszyscy w szpitalu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Ból był tak olbrzymi, że syczałam nawet kiedy odkrywano mi kołdrę. Nie byłam wstanie wytrzymać delikatnego dotyku podczas badania i chociaż głowica usg niemalże nie dotykała mojego brzucha i na prawdę starano się oszczędzić mi bólu, to jednak wbrew sobie trzymałam lekarzom ręce jednocześnie płacząc i przepraszając za to. Kiedy przewożono mnie na salę operacyjną, to w chwili kiedy przejeżdżali po czymś co nie było idealnie płaskie, syczałam próbując stłumić jęk i krzyk. Kiedy leżałam już na sali operacyjnej i łzy ciekły mimowolnie, to jedyne o czym myślałam było: "Boże, nieważne jak, ale ja już nie chcę czuć". Doświadczany ból był tak ogromny, że on i późniejsze pooperacyjne zmagania, totalnie przysłoniły mi perspektywę. Chociaż z natury jestem optymistką to jednak w tym momencie kompletnie nie potrafiłam spojrzeć szerzej. Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie potrafiłam wyobrazić sobie, że będzie lepiej, że to wszystko minie. Kiedy tydzień po opuszczeniu szpitala siedziałam obok męża w domu, to pamiętam jak w wielkim szoku powiedziałam do niego "... jeszcze kilka dni wcześniej czymś niewyobrażalnym dla mnie było, że będę się czuć tak, jak czuję się dzisiaj". Zmiany zaczęły następować.

Dlaczego o tym piszę? Absolutnie nie dlatego, żeby wzbudzać w kimś współczucie, nie chcę również grać na czyichś emocjach, ale piszę o tym, żeby pokazać, że również znalazłam się w miejscu, gdzie jedyne co mogłam zrobić to próbować wzbudzać w sobie nadzieję, próbować słuchać dobrych rzeczy i czekać... czekać aż nastąpi jakiś inny etap. Jakikolwiek, ale inny.

Wiem, że nie zawsze jest łatwo sprostać wyzwaniu jakim jest szerszy ogląd na sytuację, ale na podstawie swoich różnych doświadczeń, mimo wszystko, stwierdzam, że trzeba próbować. No i w pełni świadomie chcę powiedzieć, że możemy sobie w tym pomóc już dzisiaj, nawet jeśli w tym momencie nic trudnego nie przeżywamy. Pomyślałam, że podzielę się tym co mi pomaga. Tym, o co na co dzień zabiegam, niezależnie od tego czy jestem w łatwym czy trudnym momencie życia.

1. Bliskość Boga, uczenie się zaufania Mu, bezustanne poznawanie Go i świadomość Jego obecności. Bóg potrafi coś, czego ja nie, a tj. spojrzeć na moje życie od początku do końca. Nie oznacza to, że przebywanie z Nim daje mi taką możliwość (nawet szczerze powiedziawszy nie chciałabym być wszechwiedząca ;) ), ale oznacza to, że Bóg żadną sytuacją w moim życiu nie jest zaskoczony. Nie jest zaskoczony to nie oznacza, że skrzętnie planował szereg wydarzeń w moim życiu, ale że jest wstanie zobaczy zarówno początek, jak i koniec moich różnych zmagań. Wierzę, że Bóg jest dobry i nic, NIC, co złe nie pochodzi od Niego, a świadomość tego, że Jego perspektywa jest dużo szersza i to, co dla mnie jest w danym momencie murem, który nie ma krańców, On widząc wszystko z góry widzi je doskonale, pomaga. Mieć takiego Boga po swojej stronie? Wow, bezcenne! W dodatku kiedy czytam Jego Słowo, to mówi On jasno, że nie porzuci, ani nie opuści; że nie odwraca się plecami; że jeśli tylko będziemy szukać, to znajdziemy; że jeżeli powierzymy mu nasze zmartwienia, to On jest wstanie wypełnić nas pokojem, którego ludzki rozum nie jest wstanie pojąć. Dlaczego nie jest? Bo jak w sytuacji totalnego kryzysu i bólu mamy mieć wewnętrzny spokój i mimo wszystko umieć odpocząć? Noooo... trudne. Jednak dla Boga możliwe. A więc życie w relacji z Bogiem zdecydowanie pomaga w zmianie perspektywy.

2. Ludzie. Jakkolwiek to zabrzmi, ale... dobór ludzi z którymi dziele moje życie. Dobór brzmi brutalnie, ale nie chodzi o to, że wybieram kogo polubie, a kogo  nie, a raczej kto będzie znać moje serce, a kto nie koniecznie. Dlaczego to takie ważne? Bo zarówno w dniu powszednim, jak i w dniu kryzysu potrzebuję ludzi, którym mogę zaufać i którzy są gotowi mówić dobre rzeczy do mojego życia. Ludzi, którzy kiedy zacznę się użalać pozwolą mi na to, ale tylko do pewnego momentu i będą gotowi trochę mną potrząsnąć kiedy przesadzę. Ludzi, którzy znając mnie będą potrafili w odpowiedni sposób mi potowarzyszyć i z którymi relacja jest na tyle bliska, że słowa chociaż czasem konfrontujące nie pogłębią rany a zmotywują do pójścia dalej. Ludzi, którzy popłaczą ze mną kiedy trzeba, ale i pośmieją się w innym momencie. Ludzie, którzy chociaż nie są jasnowidzami, to są wstanie pomóc mi dostrzec inną perspektywę.

3. No i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o samoświadomości... To, co mi też pomaga to odważne konfrontowanie siebie i zadawanie sobie różnych, czasem dziwnych pytań, które mają mi pomóc w przybliżeniu ocenić rezultat różnych moich zachowań, podejść itp. Pomaga mi również odniesienie się do swoich wartości i tego, co jest dla mnie ważne. A także świadome podejście do siebie i pracy nad swoimi słabościami. Za jedną ze swoich największych słabości uważam emocjonalność i chociaż wiem, że to nie emocje mają mną rządzić, to jednak zdecydowanie zbyt często się im poddaje i w różny dziwny sposób je uzewnętrzniam. A więc... tak, nie piszę tego z perspektywy doskonałego człowieka, ale człowieka, który doskonale wie, że ma nad czym pracować, a praca nad tym czasem mocno doskwiera. I doskonale wiem, że w chwilach trudnych, moje słabości jeszcze bardziej są odczuwalne. I tutaj, wbrew pozorom, świadomość tego, że np. emojconalność jest moją słabością  pomaga mi  w jakiś sposób się zdystansować.

Długi ten post, jednak mam nadzieję, że dotarliście do końca. Jestem bardzo ciekawa co Wam pomaga... Może ktoś będzie chętny się ze mną tym podzielić? Jeśli tak to zapraszam do komentowania :)


Related Articles

0 komentarze:

Prześlij komentarz